| Spis treści |
|---|
| Estetyzm i tendencyjność |
| Page 2 |
| Page 3 |
| Wszystkie strony |
Dzięki temu, że krytyka spoczywa u nas w rękach reporterów, dziennikarzy „od wszystkiego", przygodnych ochotników i poetów, którzy są może najmniej powołani do tego rodzaju sądów i umieją nieraz pleść duby smalone, mamy daleko więcej geniuszów i arcydzieł niż jakikolwiek inny naród w świecie. Gdzie spojrzeć, stoi kolos, którego cała cywilizowana ludzkość dlatego tylko nie widzi, że ma wzrok krótki, a co najmniej każdy miesiąc zapisuje do dziejów literatury jakiś utwór, który ma wzbudzać podziw wiekuiście. Naturalnie fala czasu ciągle zalewa i tych geniuszów, i te arcydzieła, a heroldowie ich sławy bez protestu godzą się z nieubłaganym losem i nawet nie próbują skarżyć się na jego okrucieństwo. Utonęła im zabawka, będą mieli drugą.
Poza tą chwilami farsą, a chwilami orgią należy przyznać, że istotnie w dziedzinie twórczości artystycznej posiadamy kilka sił wielkiej miary, które bezpiecznie stanąć mogą obok najznakomitszych dziś w Europie i których sława sięgnęła już lub sięgnie daleko poza progi ojczyste. Nie tyle między tymi siłami, ile około nich wre stary, zacięty i bezpłodny bój o zależność i niezależność sztuki od celów społecznych. Jak wiadomo z odwiecznej bajki, jedni chcą, ażeby ona była panią niepodległą, a nawet nie troszczącą się wcale o (nieestetyczne) potrzeby i wymagania życia, drudzy zaś żądają, ażeby stała się ich rzeczniczką i opiekunką. Gdyby na dnie tego sporu leżała jedna racja, byłby on dawno na jej korzyść rozstrzygnięty, ale ponieważ on obraca się na dwóch, więc toczy się ciągle. Jest to kłótnia słowika z kogutem, w której pierwszy dowodzi, że trzeba śpiewać bez żadnej uprzedniej myśli, dla samego śpiewu, a ostatni — że należy piać tylko na zmianę pory dnia lub stanu pogody. A niechże każdy postępuje według swojej natury! — odrzekłaby im sowa, gdyby się do niej odwołano. Między ludźmi takich sów jest mało, ale za to słowików i kogutów dużo. Podczas gdy krytycy i filozofowie wodzą się za czuby o „zasadę", artyści piszą, malują i rzeźbią, jak im wola talentu każe. I to jest najmądrzejsze rozsądzenie zatargu: niech silni tworzą, a bezsilni spierają się o to, jak tworzyć należy.
Ale jakkolwiek ci silni byliby potężnymi, są oni zawsze produktem swego czasu, miejsca i otoczenia, a jednocześnie muszą służyć jego zadaniom. Jakiś olimpijski karlik, którego byt lub niebyt, płodność lub bezpłodność są jednako nieważkie na szalach dóbr kultury, może sobie paplać o swej niezależności od bliższych i dalszych warunków życia, może, stojąc na kopczyku teoryjki, udawać Mojżesza na Synaju. Jakiś zwyrodniały chorobliwiec, zapatrzony i zasłuchany w najdrobniejsze ruchy swych nerwów, może w obrębie swej istoty zamykać świat cały. Ale duch stworzyciel ani sam nie wyłamuje się ze swej obsady społecznej, ani ona mu na to nie pozwoli. Kto baje o „absolutach", o „nieśmiertelnych ideałach", o „bezwzględnych probierzach", ten tylko dowodzi, że jego usta są wylotem wiwatowej armatki, nabijanej pustą frazeologią. Największy człowiek nie jest nawet najmniejszym bogiem: on niczego nie stwarza dla wieczności, a najznakomitsze jego dzieła są tylko mniej lub więcej trwałymi, mniej lub więcej cennymi darami dla ograniczonego czasu i ograniczonej przestrzeni. Najdonioślejszym głosem przemawia on tylko do punktu i chwili w nieskończoności, a o „absolucie" nie ma nawet żadnego wyobrażenia.
Chociaż w naszej literaturze spór o cele sztuki bywa nieraz bardzo hałaśliwym i chociaż mamy garść „estetów" odsyłających całą czeladź społeczną do kuchni Apollina, mimo to większość naszych artystów słowa z ostatniego okresu należy do pisarzów tendencyjnych. Nie zawsze ta tendencja odzywa się głośno po odwróceniu każdej kartki utworu jak dzwonek po otworzeniu drzwi, ale prawie zawsze w nim drga.
A jest to objaw bardzo naturalny. W pewnych stanach kultury lub warunkach rozwoju społecznego artyści domieszywają do materiału swych utworów pierwiastki użytkowe, stają się ekonomistami, doradcami prawnymi itd., jak filozofowie, wzięci do wojska, w potrzebie rąbią drzewo lub obierają kartofle. Nasza literatura dostarcza tak wymownych pod tym względem dowodów, że trudno w niej dostrzec, a nawet wyobrazić sobie umysł silny, chociażby najenergicz-niejszy, dążący i pociągany ku czystemu estetyzmowi, który by wytrwał na tej drodze i nie zboczył z niej ku tendencyjności. Nasze też muzy bywają zwykle adwokatkami lub siostrami miłosierdzia.
I czy to jest jakąkolwiek dla nich ujmą? Dziwne doprawdy brednie gotuje w swych garnkach wynajmowana do wszystkiego logika. Dostojnością artysty ma być wierne odmalowywanie kawałka łączki z kilkoma olszami lub rozsnuwanie potarganego watka stosunków miłosnych, a niegodnym jego ma być wnoszenie światła w ciemności, ratowanie nędzy i w ogóle zwracanie potoku życia w łożysko bezpieczne i wiodące do szczęścia. Dlaczego jest „wyższym" nadymanie się nieskończonością, monologowanie wobec „absolutów", cała komedia pychy i niemocy od bezpośredniego wkraczania w życie rzeczywiste, od zajmowania się jego ważnymi zadaniami i sprawami? Dlaczego piękny sonet do wieczności, piękne malowidło z oryginalnym oświetleniem, piękna powieść o bandycie i rozpustnicy, dlaczego te dzieła są doskonalsze od pieśni Tyrteusza 3 lub obrazu głodomorów indyjskich?
Powtarzam, nie łudźmy się przywidzeniami pychy; ani z odległości tysiąców mil, ani z odległości tysiąców lat nikt nas, nawet olbrzymów, widzieć i cenić nie będzie. Możemy być wielcy tylko w maleńkim krążku działań śród bezmiaru istnienia. Ale to powinno wystarczyć do zadowolenia i naszej dumy, i naszego serca. Bo w tych dla wszechświata drobnych kołach naszego wpływu zmieścić się mogą ogromne pożytki.





