| Spis treści |
|---|
| Histeria sztuki |
| Page 2 |
| Page 3 |
| Wszystkie strony |
Starsze pokolenie, które nie chce młodszemu wyrządzić żadnej krzywdy i uprawiać gwałtu, przed każdym surowszym osądzeniem uczuwa wielką trwogę. We wszelkich bowiem sporach młodzież ma zawsze w pogotowiu pokonywający argument: wy nas nie rozumiecie. Tej broni my używaliśmy w walce z naszymi poprzednikami, używają jej również przeciwko nam nasi następcy. Historia rozwoju duchowego zanadto wiele zapisała przykładów szkodliwej nietolerancji, upartego zaślepienia, skostniałej zachowawczości tych, którzy schodzą z pola, względem tych, którzy nań wkraczają, zanadto często przyznawała ona słuszność ostatnim, a potępiała pierwszych, ażeby powoływanie się na te dowody nie było uzasadnionym i rozstrzygającym. Jeżeli tedy starsi wywierają nacisk swoim doświadczeniem i wiedzą, to nie mniejszy terror wykonywają młodzi wiarą w swoje posłannictwo.
Ileż to razy wywołano na arenę starć umysłowych duchy Galileuszów, Darwinów, Mickiewiczów, którzy musieli zwalczać napór skostniałego konserwatyzmu i w końcu odnieśli nad nim zwycięstwo! Ludzkość zaś tyle ma sympatii do gorącego zapału, tyle czci dla wszelkiego zwiastowania zbawczej nowiny, że chociażby słyszała tylko bezładne i puste okrzyki, przyjmować je będzie z uwagą i nadzieją. Ona ciągle się odmładza, więc ufa młodości. Ten materiał i te warunki szczęścia, jakie wytworzyła sobie do wczoraj, wydają się zawsze mniej cennymi i pożądanymi, niż te, których oczekuje od dziś i od jutra. A to dziś i to jutro należy do pokoleń ostatnich.
Ale pomimo to starsze nie wyrzekną się swoich praw głosu, chociażby je w najszerszym zakresie przyznawały młodszym. Synowie nie mogą zawołać do ojców: milczcie! — nie mogą, tym bardziej że nie zawsze mają coś do objawienia, że nieraz w ich krzyku brzmi tylko nie zużyta energia świeżych płuc i szum burzliwej krwi. Ten zatarg trwa ciągle i we wszystkich dziedzinach, obecnie wszakże najostrzejszą formę przybrał w sferze sztuki. Tu już nie ma mowy o porozumieniu: nieraz bowiem, gdy jedni ogłaszają radośnie narodziny arcydzieła, drudzy widzą w nim ze smutkiem potworną niedorzeczność.
W Salonie Krywulta urządzono malarską wystawę „młodych". Twórcy tych obrazów, a także ich wielbiciele, są niewątpliwie przekonani, że ona stanowi potężny i wymowny protest lwiąt sztuki przeciwko niedołęstwu i trupim upodobaniom jej starych hien. Rzeczywiście jest to protest w całym znaczeniu tego słowa: wszystko bowiem, co dotąd uważane było za główne pierwiastki i znamiona artyzmu, zostało umyślnie pominięte, wszystko zaś, co w nim poczytywano za wady i braki, podniesione zostało do godności najwyższych zalet — z zadziwiającą i niemiłosierną konsekwencją. Więc zamiast prawidłowego rysunku wystąpił niedbały rzut, zamiast wykończenia — szki-cowość, zamiast wyrazistości — rozmazane linie, zamiast jasnej myśli — ciemny symbol, zamiast piękna — brzydota. Jeżeli dawniej malarz starał się, ażeby go zrozumiano najdokładniej, obecnie wysila się, ażeby go nie odgadnięto; jeżeli dawniej poszukiwał wzoru kobiety ładnej i kształtnej, obecnie wybiera szkaradne wiedźmy i chorobliwe pokraki. Postacie kalekie, pokrzywione, wynędzniałe, rozczochrane, przypominające szpital, szynk, dom wariatów, sabat czarownic, a w każdym razie nie przypominające niczym ideałów, są bohaterami i bohaterkami galerii modernizmu. Stary Grek lub nowożytny mistrz Odrodzenia osłupiałby w takiej galerii. Za mojej młodości, gdyby kilkunastoletni chłopcy podobnymi rysunkami i malowidłami zamazywali płótno i papier, ich nauczyciele i rodzice uważaliby to za stratę czasu i za pretensjonalność zdradzającą brak najmniejszego talentu. A co do mnie, wyznam szczerze, że gdybym położył jakieś zasługi dla sztuki i gdyby mi za nie ofiarowano taki zbiór obrazów, odpowiedziałbym: „Kochani mistrze, dziękuję wam serdecznie za ten dowód wielkiej łaski. Proszę was tylko o jedno ustępstwo — pozwólcie mi wasze dzieła zachować w potrójnej pace i nie żądajcie, abym je rozwiesił na ścianach i co dzień na nie patrzył. Musiałbym bowiem dla nich skrócić sobie życie."
Skutkiem tego dla nas, wsteczników, barbarzyńców, tępych filistrów (każdy z jakiegoś względu jest filistrem), sprawa tej najnowszej de-kadencko-chlapiąco-smarującej twórczości nie jest wyłącznie artystyczną, lecz także społeczno-psychologiczną. Zwiedzając tego rodzaju wystawy i galerie, nie myślę wcale o sztuce, jej rozwoju, technice, ideałach, ale myślę nad tym: z jakiego gruntu wyrastają te nowotwory, co je wywołało? Nawet wyobraźnia ludzka, nawet jej płody, pozornie całkiem wyzwolone z rzeczywistości, są zależne od natury i warunków życia ogólnego. W nim tkwi przyczyna objaśniająca. Gdyby te dziwolągi malarsko-rzeźbiarskie ograniczały się do jakiejś szczupłej grupy osób i pewnego obszaru, moglibyśmy je uznać za narośle osobiste i miejscowe. Ale one występują w całym świecie, są zjawiskiem powszechnym, szerokim znamieniem czasu. Więc nie mamy przed sobą kilku lub kilkunastu narwańców zwyrodnienia, zamkniętego w szczupłej przestrzeni, w granicach jednego kraju lub ścianach paryskiej kawiarni „Czarnego kota" s, lecz coś, co się objawia wszędzie i podobnie. A co to jest?
Przypatrując się tym krzykliwie skłóconym barwom, tym twarzom chorym lub wyszarzanym, tym oczom zgasłym i smutnym, tym kształtom chudym i kalekim, tym konturom rozlewnym, bryłom płakim, skórom bladym, spostrzegamy w ich wspólnym mianowniku chorobliwość, zmęczenie i gust do brzydoty. Nigdzie zdrowia, nigdzie energii, nigdzie piękna. Od Apollina i Afrodyty artysta odwraca się z niesmakiem, natomiast rozkoszuje się satyrem i wiedźmą. Ci, którzy czują wstręt do wina i mleka, a chciwie piją absynt i naftę, ci, których dławi świeże powietrze szczytów, a mile odurzają duszące wyziewy błotnych nizin, ci, dla których miłość jest rozpustą, rozkosz — przesytem, a wesele — orgią, ci, którzy palą opium, wstrzykują sobie morfinę, wąchają paczulę, w roznamiętnieniu rozpruwają kobiety, są oblubieńcami muz tej sztuki. Ale czy można przypuścić, że pewnego dnia, bez głębokich przyczyn, ni stąd, ni zowąd, artyści zaczęli mazać bezmyślnie pędzlem po płótnie, umieszczać na nim źle rysowane i niedbale malowane potwory, istoty szpetne, zwyrodniałe i chorobliwe? Byłoby to równie niedorzecznym, jak przypuszczenie, że histe-ryczka, będąc przedtem zdrową, postanowiła pić ocet, mieć napady nerwowe, bóle głowy, drgawki, guzy i znieczulenia. Sztuka obecna jest niewątpliwą histeryczką, ale do tego stanu doprowadziło ją życie. Rzeźbiarze, malarze, poeci wzięli od swoich społeczeństw straszne zdenerwowanie, rozstrój umysłowy, przewlekłe cierpienia duszy, nieprawidłowe ruchy serca, bezsenność w nocy, przywidzenia na jawie, zamiłowanie w podnietach ostrych, w brzydocie, marach i tajemniczości. Nie lubią pełnego słońca, pięknych kształtów, objawów zdrowia i siły, toną w zmierzchu, ścigają upiory i stwarzają świat halucynacji. Patrząc na ich twory, ubolewać należy nie tyle nad upadkiem sztuki, która znowu się dźwignie, ile nad osłabieniem energii życia tego-czesnych pokoleń w ogóle. Jakże smutną, nieszczęśliwą i chorą czuć się musi ludzkość, która wydaje takich artystów i ogląda bez bólu takie ich dzieła! Jakże ona byłaby przerażona swym stanem, gdyby się zastanowiła nad swym gustem! W złudzeniu sądzi ona, że można mieć potargane wszystkie nerwy i że można nosić w swym łonie wszystkie choroby społeczne, że można doprowadzić organizm do ciągłego drżenia lub zupełnej niemocy, a jednak pomimo to spokojnie myśleć i dzielnie tworzyć. Bynajmniej. Odkąd Nabuchodonozor zaczął chodzić na czworakach, jeść trawę i udawać bydlę, nie umiał jużw żadnym względzie być człowiekiem. Jeżeli więc ludzkość naśladuje Nabuchodonozora, każdy jej organ jest dotknięty tą przemianą. Człowiek bredzący w malignie ma popsutą nie tylko zdolność myślenia — on jest w ogóle chory. Toteż komentarzów do obecnych płodów artyzmu szukajmy nie w dziejach sztuki i nie w estetyce, lecz w socjologii.





