| Spis treści |
|---|
| Natrętny pył |
| Page 2 |
| Page 3 |
| Page 4 |
| Page 5 |
| Page 6 |
| Page 7 |
| Wszystkie strony |
Ben Akiba2 dla udowodnienia słuszności godła: „Wszystko już było" — z pewnością wynalazłby nam w dziejach każdej literatury dowody przekonywające, że do niej ludzie od dawna wrzucali swoje głupstwa. Zdaje mi się jednak, że wrzucali znacznie mniej niż obecnie. W głowach naszych ojców i pra-pradziadów tkwił przesąd, że autorstwo jest kapłaństwem, który ich leczył ze świerzbiączki palców, powstającej na widok pióra. Wyobrażali oni sobie, iż ci tylko mogą i mają prawo pisać do druku, którzy odebrali jakieś szczególne święcenia, zostali na tę godność pomazani i bezpośrednio obcują z mocami nadprzyrodzonymi.
Nie widzieli wprawdzie ani seminariów, ani kościołów, ani biskupów literatury, którzy kleryków czynili jej księżmi, ale wierzyli, że jacyś święci lepią garnki literackie, że do tego zawodu potrzebne jest jakieś posłannictwo i że nie można tak przeskoczyć od razu z kancelarii do piśmiennictwa, jak się przeskakuje z żydostwa do arystokracji rodowej. Nasze czasy w miejsce kapłaństwa postawiły talent. Była to zamiana teoretycznie rozumniejsza, ale praktycznie gorsza. Nagle bowiem tysiące ludzi, zapytawszy siebie, otrzymały niewątpliwe zapewnienie, że posiadają talenty. Gdyby zwierzęta jed-nogłowe objawiły pretensję do wyjątkowości dwugłowych, mielibyśmy widok podobny do tego, jaki nam dziś przedstawia natłok talentów do literatury. Przede wszystkim ustaliła się zasada, że każdy człowiek, który odebrał średnie lub wyższe ukształcenie, może być autorem specjalnym lub ogólnym. Przeciw temu nikt nie śmie przeczyć. Dalej wychowańcy szkółek elementarnych, dobrowolni lub przymusowi emigranci niższych klas gimnazjalnych ogromną gromadą wkraczają do piśmiennictwa, gdyż im ciągle przerywa sen jakaś muza i kładzie do rąk pochodnię lub lirę. „Wszystkie te wasze narzekania na niepowołanych — pisał do mnie niedawno jeden z najwytrwal-szych uczestników szturmu nowelkowego — są tylko objawem chęci zamknięcia się w cechu i niedopuszczenia do niego sił młodych i świeżych. Rada pańska, ażebym nie barłor2ył literatury, jest o tyle imper-tynęcka, o ile niedożeczna. Ja wiem dokładnie, co we mnie jdż nie szepcze, ale kszyczy: poeta! wieszcz! Wernyhora! Wobec tego głosu, co znaczy jakieś tam upominanie jakiegoś redaktora, którego syn może kiedyś będzie musiał wykładać o mnie uczniom i pisać stódia?"




