| Spis treści |
|---|
| Odpowiedź |
| Page 2 |
| Page 3 |
| Page 4 |
| Page 5 |
| Wszystkie strony |
Dla każdego, kto szczerze i gorąco ukochał młodość, jej siłę nie-znużoną i płodną, jej rozpęd nieokiełznany i śmiały, jej barwne kwiaty świeżych uczuć, jej tętna bijące bogatym zdrowiem, jej odradzające tchnienia, jest zadaniem bardzo trudnym i przykrym stawiać na jej drodze swoją siwą głowę jako ostrzegawczą latarnię. Bo prawie zawsze można się od niej doczekać: „Na bok ze starym kagankiem!" P[an] S. Brzozowski, występując w „Głosie" przeciw moim uwagom o najnowszym kierunku poezji, nie krzyknął tak ostro, a nawet pozdrowił mnie bardzo życzliwie, wyraził tylko żal nad tym, że względem bojowników ostatniego zaciągu, którzy popędzą w przyszłość z rozwianym proporcem natchnionej i walecznej młodości, zachowałem się nieprzyjaźnie. „Jest jedna tylko rzecz dla nas bolesna i nie do zniesienia — powiada on — niezrozumienie i obojętność tych, w czyją myśl i w czyje serce wierzymy Słowa wyzwalającego, słowa rozumiejącej miłości, a nawet słowa nieubłaganego, przenikliwego sądu nie znaleźliśmy tam, gdzie niezapomniany podpis Posła Prawdy spodziewać się tego przede wszystkim pozwalał. Jeżeli zaś nie tu, więc nigdzie poza nami, więc oprzeć się nam tylko na samych sobie przystoi."
Wyrzut jasny: nie kocham młodych duchów i nie rozumiem ich. Pierwszej jego połowy nie będę ważył i zasuszę ją sobie we wspomnieniach jako pamiątkowy liść ostu. Kto bowiem nie umiał dowieść swych uczuć czynami, nie dowiedzie ich mową. Zdawało mi się, że cały mój snopek literacki jest związaną z różnych kłosów odą do młodości; zdawało mi się, że czytałem w ciągu mego redaktorstwa kilkanaście tysięcy nadsyłanych rękopisów z ciągłym pragnieniem odkrycia nowej siły i że dość liczną gromadkę młodych talentów z wielką radością wyprowadziłem na widownię zdawało mi się nawet, że za długą i wierną przyjaźń pozyskałem przywilej mówienia im prawdy. Jeśli to było omyłką, dla zmiecenia jej wystarczy jedno gęsie pióro. Życie codziennie zajeżdża przed nasze siedziby na wozie ze skrzynią, w którą wrzucamy rozmaite śmiecie — należą do nich również złudzenia.Zajmijmy się więc tylko przedmiotową stroną sporu.
Trudna to sprawa określać ogólnie rozmaite a ściśle nierozgatunko-wane ryby, których najgłówniejszą cechą wspólną jest to, że pływają w jednym stawie. Burzyciele starej Bastylii estetycznej, którzy dotąd rozwalają jej mury i łamią zamki pod łącznym hasłem „nowej sztuki" i „nowej poezji", stanowią mieszaninę różnolitą i różnoimienną. Nazwali się dekadentami, nastrojowcami, schyłkowcami itd. Ribot objął ich mianem „symbolistów", posiadających według niego dwa rysy znamienne. Naprzód, nie chcą oni wyrażać oznaczonych pojęć i obrazów, lecz tylko nieuchwytne wzruszenia. Dlatego „używają zdań mglistych, uwydatniających czysty i pozbawiony treści stan uczuciowy: jakiś las, jakieś miasto, jakieś drzewo, jakiś rycerz, j a-kiś pielgrzym... Coś się dzieje, lecz gdzie i kiedy, nie wiadomo i uczuć, drugi poruszający się sprężynami rozumowania; jeden pragnie lub czyni, drugi mu urąga. Jego mózg snuje ciągle pajęczynę, w którą wikła się i dusi jego serce, i wreszcie sam tak się tą morderczą pracą nuży, że szuka uzdrowienia w balsamach wiary. Do niczego innego już nie jest zdolny. Starł się na proch i legł na szerokim gościńcu, po którym idą tłumy do kresów swego życia.
Jestże to objaw choroby organicznej, wrodzonej czy nabytej w oddychaniu złą atmosferą? Skąd powstała ta dwoistość, doprowadzająca wreszcie „znużoną duszę" do dobrowolnego zapadnięcia w mistyczny letarg? Każdemu z was zdarzyło się coś sobie wyrozumować i nie móc nagiąć do tego wniosku woli swojej; najlogiczniej dowiedliście sobie, że trzeba zrobić to, a zrobiliście co innego; myśl poszła jedną drogą, a wola, która jej usłuchać miała, drugą. Otóż na podobnym rozstaju, w podobnym położeniu wahadłowym znajduje się ciągle Gram, człowiek z samobójczym umysłem i sparaliżowaną wolą. Natura dała mu pewne popędy i uczucia, a świat logikę, która je ciągle tłumi, wypacza i dusi. Jaźń jego jest areną tej zażartej walki. Urodził się od razu w niezgodzie z tym zakonem, który mu cywilizacja ciągle trzyma przed oczami. Był jej synem, ale wyrodnym, a ponieważ ona takich synów ma tysiące, stąd jego pasowanie się, męki, cierpienia nabierają ogólnej wagi. Najwięcej krwi z poranionego serca utoczył mu dziwny stosunek z kobietą. Poznał ją już zatruty pesymizmem. Uczucie naturalnie i bezwiednie wydzierające się mu z piersi krzyczało do niego: to jest ona, kobieta twoja, którą kochać będziesz, bo musisz, której ci żadna inna nie zastąpi, o której nie zapomnisz ani w chwale, ani w upodleniu, ku której będziesz zwracał uparcie swoją tęsknotę jak busola igłę magnesową ku biegunowi. Ale logika trzymająca się płotu faktów, a raczej pozorów, mówiła mu: ta młoda panna, która sama chodzi w nocy, ma „przyjaciół", zgadza się na schadzki, rzuca ci się na szyję, jest mizerną zalotnicą, którą tylko zbrudzisz sobie usta, od której powinieneś odwrócić się ze wstrętem, jeżeli nie chcesz jej zużytkować jako towaru. Gram pod wpływem tego ostrzeżenia odtrącił ją, ale gdy odeszła, uczuł straszne bóle w sercu. Niemal codziennie spodziewał się, że do jego drzwi zapuka ona, że stanie przy nim jak cichy, biały anioł i otuli go swymi skrzydłami. Zamiast iść wespół drogą rozumu, któremu zaufał, wlókł się drogą rozpaczy, której nie przewidywał. Rozbity, zmęczony, przyniósł „znużoną duszę" do kościoła i złożył ją na ołtarzu w ofierze, gdzie będzie spokojna, przestanie cierpieć, bo przestanie myśleć.
„Znużonych dusz" jest w utworze Garborga kilka, ale żadna z nich nie posiada takiej mocy i żadną koło losu tak nie miażdży. Jeżeli — jak słusznie powiada najcudowniejsze serce — żyć warto tylko albo dla wielkiej idei, albo dla wielkiej miłości, Gram zaś w swym społeczeństwie pierwszej nie znalazł i zatonął w drugiej, którą mu szyderczy, zimny, pożyczony od otoczenia rozum potargał, pojmujemy, dlaczego upadając pod krzyżem swojej niedoli, woła ciągle: Fanny, Fanny, stań przy mnie! Nie stanęła przy nim, nie dźwignęła, więc upadł. Na jego jęki świat odpowiedział piekielnym chichotem, któremu on, biedny męczennik, często wtórował z rozumu, nie uśmierzył jednakże, zarówno jak piolterem lub morfiną, strasznego bólu, którego rany otwierały się coraz szerzej.
Byłoby wielką szkodą, gdyby czytelnicy nasi pominęli powieść Garborga jak wiele bez wartości i wyboru przekładów z tego lub owego języka; byłoby wielką stratą dla naszego społeczeństwa, gdyby ono dalej brnęło w kwestiach gorsetowo-pończosznianych powieści francuskiej i nie poznajomiło się z nowoczesną literaturą skandynawską. Stoimy od chłopów północnych wyżej, gdyż nie skazalibyśmy Strind-bergów na wygnanie, a Garborgowi nie pozwolilibyśmy żyć w nędznej chacie górskiej, ale mistrze tych chłopów nauczyliby nas głębiej spoglądać w naturę ludzką.





