Przed laty dziesięciu zajrzałem po raz pierwszy do Lwowa. Być tam i nie poznać Lama? Okazało się, że to nie tak łatwe dla ludzi jak ja dziennych. Objaśniono mnie bowiem, że znakomity humorysta pod pewnym względem przypomina króla bawarskiego: sypia w dzień, a czuwa w nocy . Przy dość słabej mojej ciekawości i chęci zawiązywania stosunków byłbym niewątpliwie wyjechał bez poznania „arcybiskupa żydowskiego", gdyby nagle do restauracji, w której obiadowaliśmy z kilkoma literatami, nie wszedł gość przyjęty przez obecnych zdziwieniem, wesołością i przyjaźnią.
Był to Lam, który ułatwił mi spotkanie. O tej porze (o godz. 2 po południu) dawno go już nie widziano, toteż powitano niezwykle. Brunet, słusznego wzrostu, wyglądał raczej na austriackiego urzędnika niż na bawiciela. Blada twarz, ocieniona czarnym, starannie uczesanym włosem i grubym wąsem, wyrażała powagę, którą podnosiło spojrzenie niemal surowe, zaostrzone okularami. W całej postaci, zdradzającej widoczną dbałość o siebie, w mowie jak gdyby uczonej, w zbiegu zmarszczek czoła, które się rzadko rozsuwały, niepodobna było odgadnąć „rozpasanego cynika". Po tym pierwszym zdumieniu moim nastąpiło drugie, jeszcze większe: od godziny Lam siedział z nami, rozprawiał wiele, a nie powiedział ani jednego dowcipnego słowa. Wprawdzie towarzysze moi od czasu do czasu wybuchali śmiechem, ale uwaga wywołująca wesołość była zawsze dla mnie niezrozumiałą, bo odnosiła się do osób i stosunków całkiem mi nie znanych. Lam wszystkim rozdawał najświeższe nowiny i wzajemnie od nich chciwie przyjmował. Dostrzegłem, że najmniejsze drobiazgi, plotki, mało ważne wypadki, cały pył życiowy interesował go nadmiernie, ustępował tylko wiadomościom politycznym z bliższego pola i dalszych.




